Młodość Piękno

Argentyna. Krótka historia o tym, jak poszłam w tango…

 

A dokładnie jak poleciałam. Już jesteście ciekawe co nawywijałam? No nawywijałam. Po kolei więc. Czemu poszłam w tango? Poszłam w tango, bo było to na mojej short liście „wszystko co musisz zrobić przed trzydziestką, bo inaczej kaplica”. Co prawda nie wpadłam na to tworząc tą listę w wieku lat chyba 19, że primo – przed 30 nie będzie mnie niestety stać na większość pozycji, bo będę właśnie odgrzebywać się z pożyczek studenckich, pieluch i pierwszych rat kredytu za wymarzony domek na przedmieściach… Secundo, wiem 30 lat nie jest żadnych deadline (chociaż w okolicach matury wydawał mi się po prostu starością). Więc w tango poszłam nieco później, przesuwając listę na „wszystko co musisz zrobić przed czterdziestką…”. I poszłam w tango – tango argentyńskie, a raczej poleciałam  – dokładnie do Buenos Aires. I nawywijałam … na parkiecie.

[Ile i czemu tak drogo?]

Chciałam od dawna odwiedzić Amerykę Południową. Szczególnie, że w ramach realizacji swoich licznych list „wszystko co powinnam …” 😉 zaczęłam też uczyć się hiszpańskiego, z którym nie bardzo wiedziałam co zrobić. Kierunek długo wydawał mi się absolutnie nieosiągalny finansowo. O bezpośrednim locie z Warszawy (z przesiadką oczywiście)) nie było mowy. Siedziałam nad promocjami i niestety nie mogłam spiąć terminów. Wreszcie upolowałam. Tani lot do Mediolanu, a stamtąd do Buenos. Dzień i noc w Mediolanie to wartość dodana całej imprezy. Zaryzykowałam i poleciałam na styku lata i wcześniej jesieni – linie lotnicze obniżają koszty podróży o połowę (późna wiosna, lato i wczesna jesień). Polskie babie lato oznacza argentyńską zimę ale ja nie jechałam wygrzewać się na plaży i skoncentowałam na samym mieście.

[Argentyna]

Nie bez powodu moją amerykańską przygodę chciałam zacząć z Argentyną. Nie jestem wytrawną globtroterką i jakkolwiek Ameryka Południowa wydawała mi się pociągająca i fascynująca to skutecznie odstraszyły mnie opowieści o czekających tam niebezpieczeństwach, przestępczości, a pojechać mogłam tylko sama. Argentyna na tym tle jawiła mi się jako kraj najbezpieczniejszy ale nic nie tracący ze swego południowoamerykańskiego charakteru, mogłam tu obcować z dziką naturą ale też odpocząć w wygodnym hotelu i ogólnie bez problemu mieć dostęp do wszelkich cywilizacyjnych udogodnień. Mój kulawy hiszpański okazał się prawdziwym błogosławieństwem. Załatwiałam szybciej i sprawniej każdą sprawę niż osoby, które próbowały dogadać się po angielsku. Wzbudzałam swoim dukaniem ogromną sympatię i wszystkich, z którymi miałam kontakt co zwykle owocowało jakimś poczęstunkiem, dłuższą rozmową czy garścią dobrych rad – gdzie zjem najwięcej i najtaniej, które wino mogę śmiało wybrać i gdzie nie zapuszczać się w nocy.

[Tango]

Dzięki takim rozmowom szybko zorientowałam się, ze jeśli chcę zasmakować prawdziwego tanga, musze szerokim łukiem omijać wszelkie eventy „dla turystów”. Po pierwsze zostawię tam fortunę, po drugie nie będę miała kontaktu z autentycznym tańcem a co najwyżej z „cepelią”. Okazało się, że muszę wybierać milongi lokalne, dzielnicowe, większość z tych na które trafiłam była za darmo. Najlepszym źródłem informacji o miejscach gdzie można tańczyć, uczyć się lub zobaczyć autentyczny pokaz są lokalne media i internet. Ja jako totalnie początkująca wybierałam te kawiarnie gdzie potańcówkę poprzedzały praktyki. Można było tam przyjść wcześniej i poćwiczyć. Potem już samo szło, na szczęście to jednak partnerzy muszą prowadzić, więc mimo śmiechów i deptania po pacach kolejnym panom całkiem dobrze sobie radziłam.

Dodaj komentarz

Kliknij tutaj aby dodac komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *